O autorze
Jestem absolwentem kulturoznawstwa na Uniwersytecie Śląskim i Etnologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Z wykształcenia i z pasji jestem antropologiem kultury, podróżnikiem, okazjonalnie pilotem wycieczek trampingowych do Azji oraz autorem artykułów i książek o
treści turystycznej. Działam społecznie w organizacjach pozarządowychi politycznie w Partii Zieloni

Stuletni kufer pradziadka

SS Kaiser Wilhelm der Grosse
SS Kaiser Wilhelm der Grosse Wikipedia
Nie wiem gdzie zastał koniec wojny pradziadka Józefa Stąsko. Dwa lata wcześniej siedział w okopach bitwy pod Verdun i mógł mieć tylko nadzieję, że cyganka, która wywróżyła mu, iż umrze w wieku pięćdziesięciu miała rację. Miał wówczas "zaledwie" czterdziestkę. Na pewno myślał o dzieciach - dziesięcioletniej wówczas córce babci Annie, małemu Staszkowi, żonie Rozalii. W piekle bitwy, w której zginęło 300 tysięcy ludzi z pewnością myślał także „czemu do cholery nie ściągnąłem rodziny do Ameryki?!”

Popłynął tam w 1910 roku. Jak wynika z amerykańskich rejestrów nowojorskiej wyspy Ellis, mając wówczas 33 lata. Dotarł do statuy Wolności na pokładzie wybudowanego w niemieckiej stoczni Vulcan Stetin (tak tak -ze Szczecina) statku Kaiser Wilhelm der Grosse. W chwili wodowania był on największym na świecie statkiem. Zdobył też rekord przepłynięcia Atlantyku - Błękitnej Wstęgi - pokonując ocean w czasie 5 dni 17 godz. i 23 min. Titanic był już wówczas w trakcie budowy w irlandzkiej stoczni i jak znam życie pracując z Irlandczykami na amerykańskich budowach, sprzeczali się który statek będzie lepszy. Wilhelm del Grosse nie był na pewno komfortowym środkiem podróży. Kiwało nim na fali na tyle niemiłosiernie, iż złośliwi amerykanie nadali mu przydomek Rolling Billy -„kołyszący Wiluś”. Po pięciu dniach takiego rejsu wszyscy modlili się o sztorm zmywający wymiociny choroby morskiej tysięcy podróżnych.

Zanim wsiadł na pokład miał już także za sobą kilka dni podroży. Emigranci z Galicji jechali najpierw pociągiem do Oświęcimia. Tam u agentów dalekomorskich armatorów kupowano bilet na statek do upragnionej Ameryki. Zazwyczaj płynęli tak jak pradziadek Józef -z Hamburga do Nowego Jorku.

Nie wiemy jak długo został w Stanach. Na pewno spieszyło mu się do powrotu, gdyż w kraju została żona z dwuletnią córką. Nie wiemy też jakim statkiem wracał ale pewnie miał niezłego pietra, gdyż było to już po dramatycznej katastrofie Titanica, a Wilhelm del Grosse został pierwszym statkiem pasażerskim zatopionym w czasie I wojny światowej (smozatopionym ale niech kolejne pokolenia też mają satysfakcję jakich odkryć w szczegółach i tłach rodzinnej historii).
Wiemy natomiast, że był na podróż przez ocean porządnie spakowany. Miał przynajmniej dwa spore, drewniane, okute metalem i posiadające solidny zamek kufry.
Po powrocie wcielono go do CK Armii i wraz z innymi nieszczęśnikami z okolic Tarnowa i Nowego Sącza trafił najprawdopodobniej do oddziału artylerii, którą wysłano do walki niemieckiego sojusznika z Francuzami.
Po powrocie z wojny tworzył zapewne szczęśliwy związek ze swoją Rozalią, sądząc choćby po tym iż urodziło im się przynajmniej siedmioro dzieci. Cyganka nie miała racji lub źle zapamiętaliśmy rok którego miał dożyć, gdyż umarł mając sześćdziesiątkę, co jednak wspominane było jako wspaniałe spełnienie owej wróżby. Z amerykańskich pieniędzy -uszczuplonych zapewne przez trudne, wojenne czasy - zostało jednak na tyle aby kupić dwa morgi pola. W Borzęcinie nie było za wiele do roboty w ramach reformy rolnej, gdyż ostatni dziedzic jeszcze w dwudziestoleciu przegrał wszystko w karty i sprzedawał po kawałku pola, osobiście przeprowadzając parcelację. Dwór kupił kolega pradziadka (również z zarobionych w stanach pieniędzy) a kawałek "dworskiego" pola jest w rękach rodziny do dziś. Nie zachowało się żadne zdjęcie pradziadka ale jego podpis na dokumencie zakupu "dworskiego" pola, wraz krzyżykiem niepiśmiennej żony owszem.
Ostały się także podróżne kufry - zrobione na tyle solidnie, że po stu latach nadawałyby się do kolejnej wyprawy.
Był rówieśnikiem Wincentego Witosa, pochodzącego z sąsiadującym przez radłowski las z Borzęcinem Wierzchosławic. Pewnie spotykali się w kawalerskich czasach na zabawach, na które przychodzili chłopcy z sąsiednich wiosek. Z wędrówki z jednej z takich zabaw w sąsiednich wioskach nie wrócił jeden z synów Józefa. Raniony nożem zamarzł w zaspie przy borzęcińskim młynie.
Sto lat później dworskie pole jest dzierżawione, gdyż nikt nie miał siły ani ochoty go już uprawiać. Także na dużej części wąskich borzęcińskich poletek od linii domów do starego Szumina (czy może być lepsza nazwa dla lasu?) rośną sadzonki drzew.
Połowa jego potomków mieszka w Polsce, w tym -jak moja mama- na jego ojcowiźnie, połowa we Francji- kraju z którym kazano mu walczyć. Ironia pozaborowej historii
Pamiętajcie aby kupować porządne walizki. Posiadanie dobrego noża także nie zawadzi!


Świętujmy sto lat odzyskania niepodległości przez Polskę. -film
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...