Papugi Mrożka

Sławomir Mrożek umarł, mając 83 lata, jeden miesiąc i właściwie nie wiadomo na pewno ile dni. Wszystko to dlatego, iż jak twierdził pisarz „niedbały urzędnik”, a najprawdopodobniej jednak ówczesny proboszcz parafii w Borzęcinie, wpisał do dokumentów błędną datę 26 czerwca zamiast 29. Chcąc nie chcąc miewał z mieszkańcami swojej rodzinnej miejscowości „na pieńku”. Choćby dlatego, iż bywali kontekstem, pożywką na której wyrastały ochoczo kwiatki absurdów jego życia i twórczości.


Od najmłodszych lat byłem przez lub raczej poprzez Mrożka prześladowany, a przynajmniej od czasu do czasu mogłem odnieść takie wrażenie. Każdy nauczyciel, z polonistkami na czele, chciał nam – uczniom Szkoły Podstawowej im. Władysława Jagiełły w Borzęcinie – włożyć łopatą do głowy, kim ON jest i skąd się wywodzi. Odpowiedź na pytanie: „kto to jest Sławomir Mrożek?”, znaliśmy jak pacierz i spowiedź razem wzięte. Mimo to – a może dzięki takiemu wykuciu – zdarzały się wpadki: pewnego słonecznego dnia do klasy w towarzystwie dyrektora wszedł dziennikarz którejś z regionalnych gazet i zaczął wypytywać na zasadzie: „drogie dzieci, czy wiecie, kto to jest Mrożek?”, a my od razu: „że jasne, że Sławomir, że pisarz, dramaturg, rysownik i w ogóle”, słowem formułka nałożona przez sprawny „kaganiec oświaty”. Jednakże któryś z kolegów żartobliwie, bezmyślnie lub z premedytacją wypalił, że jest też kowal Mrożek. Łatwo się domyślić, że dziennikarz napisał w swoim artykule, iż „dzieciom z Borzęcina Mrożek kojarzy się głównie z miejscowym kowalem”. Przysięgam, że gdybym wówczas spotkał tego dziennikarza, to – mimo że miałem dziesięć lub dwanaście lat – natrzaskałbym mu po facjacie lub choćby boleśnie skopał po kostkach.



W roku 1990 miał miejsce Festiwal Mrożka. Jego częścią były odbywające się w Borzecinie wydarzenia, które sprawiły, że cała miejscowość stała się jedną wielką sceną ulicznego teatru absurdu. Na kawałku zieleni stanął słoń, który miał przedstawiać TEGO słonia z opowiadania. Na tablicach wjazdowych zamiast nazwy Borzecin pojawił się Mrożekland. Przed wjazdem do miejscowości uczyniono solidny policyjno-wojskowy check point, przy którym legitymowano wjeżdżających.
Działo się wiele rzeczy par excelence absurdalnych, na oczku wjechał uroczyście witany Mrożek, który okazał się być jego sobowtórem. Aktorowi Andrzejowi Grabowskiemu, który znajdował się wśród konnej części orszaku powitalnego, zerwał sie koń i pogalopował w stronę jakiegoś drewnianego płotu, który połamał, turbując przy okazji kilka ubranych w stroje krakowskie dziewcząt. Kilka godzin wcześniej należący do ekipy organizatorów jamnik zadusił spacerującą przy moście Bogu ducha winną kurę. Czułem, że wszystko zmierza chyba do finałowej sceny z „Wesela w Atomicach” i zaraz sytuacja stanie się bardzo dosłownie jak z Mrożka. W trakcie teatralnego w rzeczy samej zamieszania pojawił się Mrożek właściwy. Po jakimś czasie, nie wiadomo skąd, pojawiła się także „brygada ZOMO”, która rozpędzała rzekomych zwolenników Gombrowicza, protestujących przeciwko Mrożkowi.
Całe to zamieszanie dla mnie, wówczas 15-letniego chłopca, było szokująco ciekawe, wręcz zjawiskowe. Nie ukrywam też, że kilka razy czułem się – jak wielu mieszkańców Borzęcina – nabity w butelkę. Przy tym wszystkim nikt już nie wiedział, czy Mrożek w ogóle przywitał się z mieszkańcami, a jeśli już, to który z nich – prawdziwy czy fałszywy, i właściwie do dzisiaj ta sytuacja wpływa na przekonanie wielu, że Mrożek się do Borzęcina „nie przyznawał”.
W dzieciństwie, podobnie jak bohater „Nart Ojca Świętego” Pilcha, który był przekonany, że wszyscy papieże byli Polakami, ja jako naturalne uznawałem obecność pisarzy w przestrzeni mojej miejscowości. Inną znaną literacką postacią z Borzęcina jest Józef Baran, poeta, pisarz, dziennikarz, który ze związku z krainą dzieciństwa uczynił – nazwijmy to tak – sztandar swojej postawy twórczej. Ma w Borzęcinie swój drewniany dom z sympatycznym ogrodem, zna się ze wszystkimi, którzy chcą się z nim znać. Mrożek i Baran to dwie biegunowo rożne postawy wobec mieszkańców swojej rodzinnej miejscowości.

Urodziłem się w rodzinie, która w Borzęcinie mieszkała od wieków. Ściślej mówiąc, wszystkich klika rodzin – pradziadkowie rodu matki czy rodu ojca – wszyscy pochodzili stamtąd. Miało to kilka minusów, miało też liczne plusy: szczególnie jednak było to wygodne i praktyczne każdego pierwszego listopada: odwiedzenie grobów wszystkich znanych mi przodków to jeden długi spacer po rozległym borzęcińskim cmentarzu. Na cmentarz zaglądało się zresztą często. Częstość moich wizyt wzmacniało to, iż moja babcia Anna (która nota bene pamiętała Sławomira i całą jego borzęcińską rodzinę) lubiła zajmować się kwiatami i dbała także o te, które rosły na grobach.
Od najmłodszych lat natykałem się na grób matki Sławomira Mrożka, który znajduje się przy głównej alejce cmentarza. Zastanawiałem się, jak to możliwe, że nigdy nie odwiedza grobu matki?
Po latach, w trakcie studiów na UJ, zająłem się w ramach pracy magisterskiej analizą obyczajów pogrzebowych jednego z azjatyckich krajów. Lektury i badania terenowe otworzyły przede mną niezwykłe bogactwo spojrzeń na miejsce, w którym pozostawiamy ciała bliskich. Od bliskiej ze zmarłymi „relacji”, ucztowania, okazjonalnego wykopywania do wspólnej biesiady, po niechęć i strach tak daleki, że cmentarzy nie odwiedza się prawie wcale.
Sam pisarz w „Baltazarze” wspominał o dniu pochówku swojej matki:
„Mój dziadek mieszkał tylko o dwa kroki od cmentarza.
Wystarczyło przejść przez Dom Katolicki i przez drogę, żeby znaleźć się w jego wiecznym cieniu. Cmentarz był w owym czasie wysadzony tujami. Szarfy i wieńce wieńczyły grób mojej matki. Dookoła były groby jej sióstr, braci, mojej babki i dziadka Jana Kędziora, który od dwóch lat tam spoczywał. Bez żadnych przeszkód odbyłem najważniejszy, być może, rachunek sumienia w ciągu całego życia. Był to klucz do dalszego ciągu postępowania, które zapewne w innych okolicznościach wyglądałoby inaczej. Jednocześnie było to pożegnanie z moją matką. Gdy umarła, poczułem się wolny. Zrozumiałem, że poświęciła się dla mnie. Odeszła w tej samej chwili, w której ja osiągnąłem dojrzałość”.

Może przez lata bał się utracić część tej wolności, którą uzyskał w momencie śmierci matki? Może w ten sposób przez całe życie – nieco nawet na wyrost – upewniał się w swojej wolności i nie chciał dać sobie przypisać „gęby”, mentalności, której nie podzielał?

Jakiś czas potem, kiedy po Krakowie (w którym od lat mieszkam) rozeszła się wieść, iż pisarz znowu wyjeżdża z Polski, dowiedziałem się od znajomej, iż Mrożkowie szukają nowego domu dla pary swoich papug. Pomyślałem, że to genialne -zabiorę je i będę codziennie oglądał tresował, ostentacyjnie przekarmiał i wysysał przez szkiełko i oko ich absurdalną obecność. Odegrałbym się za zeżartą przez jamnika kurę, za sobowtórów i za kłamliwych dziennikarzy. Szczęściem jednak trafiły do kogoś innego


Wielki festiwal w Krakowie i okolicach zorganizowany w 60. rocznicę urodzin Sławomira Mrożka
Trwa ładowanie komentarzy...